19 kwi 2017

.012 } Czego naprawdę chcę? – proste narzędzie do weryfikacji marzeń

Święta, Święta i po Świętach.
Planowałam ten wpis wcześniej, ale z moimi planami tak już jest – niewiele z nich zazwyczaj wychodzi (w terminie lub w ogóle) i potem muszę szybko wszystko nadrabiać. Ale to nic, pracuję nad tym.
Chciałabym jeszcze chwilę pozostać w tematyce realizacji swoich postanowień. Podzielę się z Wami śmiesznie prostym narzędziem do planowania, które pozwala mi również weryfikować czego naprawdę pragnę, a co jest tylko moją chwilową zachcianką. Ponadto dzięki niemu mogę stawiać sobie cele, które jestem w stanie zrealizować, bo wymusza na mnie precyzowanie do czego dążę.

Już tłumaczę.
Mowa tu oczywiście o (zapewne znanej już większości)...


BUCKET LIST
Czyli innymi słowy: „things to do before I die”. Lista rzeczy, które chcę zrobić przed śmiercią.

Spotkałam się z tym pojęciem kilka lat temu i od razu mi się spodobało. To był ten okres, kiedy powoli wracałam do wiary we własne marzenia, a idea ich spisania i „osiągania” – „odhaczania” bardzo przypadła mi do gustu.
O ile dobrze pamiętam, trzeba było wypisać 100 celów. Moja lista, z początku krótka po niedługim czasie znacząco urosła. Miałam na niej około 120 punktów, które po kolei realizowałam. Czy kolejne „zaliczone” marzenia dawały mi radość? Sprawiały, że czułam się spełniona? Szczęśliwa?
(I tu dochodzimy do sedna.)

Otóż nie.


CZEGO NAPRAWDĘ CHCĘ?
Pamiętam, kiedy pierwszy raz razem z W. zetknęłyśmy się z ideą bucket list i praktycznie od razu zabrałyśmy się za poszukiwanie inspiracji. Własnych marzeń nie miałam aż tylu, żeby zapełnić 100 punktów.
Inspiracje były wszędzie. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile w Internecie jest stron, gdzie macie całe setki pogrupowanych marzeń, którymi możecie się posiłkować.
I ja również to robiłam. Bo wydawały mi się fantastyczne. To był pierwszy błąd – kiedy przyszło do ich realizacji wcale nie sprawiały, że czułam, że spełniam swoje marzenia. Nie były dla mnie wielkimi przeżyciami, jakich się spodziewałam, nie było efektu WOW. Nie było nawet zwykłego wow.

Bo to nie były MOJE marzenia.

W ten sposób nauczyłam się weryfikować czego naprawdę chcę. Moja obecna bucket list jest bardzo uboga, ale jest w 100% szczera i zgodna z tym, czego pragnę. Są na niej jedynie realne cele, które chcę osiągnąć i do których dążę.
Jeśli nie jestem pewna, czy coś jest chwilową zachcianką, czy faktycznie tego pragnę – zapisuję, ale daję sobie czas, żeby się określić. I albo na liście zostaje, albo po jakimś czasie jest z niej kasowane. Proste.


PRECYZUJĘ MARZENIA
Druga rzecz, której nauczyła mnie bucket list. Bo widzicie, nie w tym sęk, żeby chcieć czegoś, tylko żeby chcieć czegoś konkretnego.
Mogę napisać „znać biegle język angielski”, ale ręka w górę kto wie czym jest „biegła znajomość języka”? Mogę napisać „mieć super cerę” – co to znaczy? „Długie i zdrowe włosy” – długie, znaczy jakie? Do łopatek, czy do tyłka?

Rozumiecie co mam na myśli? Nie warto stawiać sobie celów niedookreślonych. Cel, to jest coś, do czego dążymy, co chcemy osiągnąć. A żeby do czegoś dążyć musimy wiedzieć gdzie konkretnie jest nasz finisz. Wiem kiedy dokładnie spełnię te marzenie, bo je dokładnie określiłam – a przynajmniej na tyle dokładnie, że jestem w stanie zweryfikować warunki, które muszą zajść, abym czuła, że mi się udało.

I tak zamiast „biegłej znajomości języka” mam zapisane konkretne certyfikaty, które chcę uzyskać, zamiast „super cery” – „znalezienie skutecznego (dla mnie) sposobu walki z trądzikiem” i tak dalej.


KIERUNKOWSKAZY
Mam wrażenie, że bucket list z początku miała być jedynie zwykłą listą niezwykłych rzeczy, których chciałabym doświadczyć, które chciałabym przeżyć i mieć. Przynajmniej tak ją traktowałam. Jednak na przestrzeni lat stała się dla mnie czymś więcej, czymś o wiele bardziej wartościowym. I myślę, że dla Was również ma szansę się czymś takim stać.

To kierunkowskaz, dzięki któremu łatwiej uświadomić sobie, w którą stronę chce się zmierzać. Uczy wsłuchiwać się w to, co podpowiada serce, w swoje własne pragnienia. Uczy je precyzować, tak, żeby móc te cele prawdziwie osiągnąć, zamiast gnać za nimi bez końca. I w końcu – pokazuje nam samym kim naprawdę jesteśmy i gdzie chcemy się znaleźć.

I tu właśnie leży jej największa, moim zdaniem, wartość.