16 lut 2017

.008 } O pomaganiu na siłę słów kilka


7:40 - wchodzę do biura. W poniedziałki od 8, więc zawsze jestem dużo wcześniej, bo komunikacja miejska, wiadomo o co chodzi. Przy bramkach stoi kobieta, załadowana torbami i grzebie zawzięcie w swojej torebce – znaczy szuka identyfikatora, żeby wejść do środka. Ja swoją kartę już w ręku trzymam, więc podchodzę, klikam jej bramkę i z uśmiechem mówię „proszę”.
Następuje chwila ciszy. Obrzuca mnie TYM spojrzeniem. Tego mordu w oczach nie zapomnę nigdy. „Proszę, dla pani odbiłam kartę, niech pani wejdzie”, mówię z uśmiechem na twarzy, chociaż w środku mam ochotę uciekać, bo czuję, że zaraz mnie tym wzrokiem zmiażdży i do pracy jednak nie dotrę.
W odpowiedzi słyszę jedynie wycedzone przez zęby warknięcie: 
JA. MUSZĘ. SAMA.” 
Hm, no dobra. Dopiero w tym momencie przychodzi mi na myśl, że może ona faktycznie musi akurat swoją kartę odbić, że ją na tej podstawie rozliczają. W sensie, kiedy przychodzi do i wychodzi z pracy. Tyle że... skąd mogłam wiedzieć? 

CHCIAŁAM TYLKO POMÓC. 

Przypomina mi się jeszcze jedna sytuacja. Wracałam kiedyś z pracy tramwajem. To był ciężki dzień, psychicznie nie funkcjonowałam, więc siedziałam, powtarzając sobie zagadnienia z CSS w aplikacji na komórce. I nagle ktoś z tyłu szturchnął mnie w ramię, jakaś pani w średnim wieku, nazwijmy ją „A”. „Niech pani wstanie”, mówi do mnie, „tutaj taka pani stoi i może by usiadła”. 
Wstaję, bo może faktycznie komuś trzeba ustąpić, a ja zagapiona w telefon zwyczajnie nie zauważyłam tej osoby. I po chwili (niestety) ją widzę: kobieta (nazwijmy ją „B”), na oko coś koło czterdziestki, nie wyglądająca na specjalnie potrzebującą. Zacisnęłam zęby w złości – no jasne, wyglądam jak gówniarz, to muszę ustępować KAŻDEMU. (Nie zrozumcie mnie źle, ustępuję miejsca innym, ale samo to, że ktoś jest +20 lat względem mnie nie jest dla mnie powodem, żeby stać przez resztę drogi.) 
B, która rzekomo miała usiąść po prostu stanęła obok pustego siedzenia i tak stała. W tramwaju był tłok, a miejsce było puste. Poziom mojej irytacji gwałtownie urósł, ale nie należę do osób, które robią sceny, więc przez resztę drogi również stałam. B opuściła pojazd jeden przystanek przed moim. I wtedy A zwróciła się do mnie: 

„Bardzo panią przepraszam, chciałam tylko pomóc, ale widać nie wszyscy chcą korzystać z oferowanej pomocy. Przepraszam, że postawiłam panią w niezręcznej sytuacji.” 

Nie powiem, wmurowało mnie i byłam bliska zbierania szczęki z podłogi. Cała złość wyparowała, jak ręką odjął, zostało jednak we mnie pytanie: gdzie leży granica pomiędzy pomocą, a uszczęśliwianiem kogoś na siłę? 
I nie znam na nie odpowiedzi. 


Takich sytuacji miałam jeszcze kilka, jeśli nie więcej – i myślę, że sporo osób też wielu takich doświadczyło. Mówi się, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, ale tak sobie myślę... Czy to znaczy, że lepiej być obojętną suką, patrzącą tylko na siebie, której nie stać na bezinteresowny akt dobroci? Bo co, bo dostanę kolejny raz po dupie? A co, jeśli na jeden raz w tyłek przypada, załóżmy, 10 pięknych i szczerych podziękowań? 

Nie przypomnę sobie nawet, ile razy pomogłam starszym osobom, np. zejść po schodach, czy wnieść/znieść walizki – podziękowania, które od nich słyszałam zawsze chwytały mnie za serce. Miałam świadomość, że nie zrobiłam niczego wielkiego. To były zwykłe, małe akty dobroci, na które stać praktycznie każdego. A jednak do dzisiaj totalnie się rozczulam, kiedy przypomnę sobie niektóre słowa, wyrazy twarzy, ciepłe spojrzenia. 


Czy warto pomagać innym? Nie wszyscy ludzie potrafią (i chcą) prosić o pomoc, ale to nie znaczy, że jej nie potrzebują. Skoro mogę Ci pomóc, to najprawdopodobniej zaryzykuję i to zrobię. Bo jeśli mam sprawić, że dzięki mnie poczujesz się lepiej, w jakimkolwiek aspekcie, to wiem, że warto.