28 lut 2017

.009 } Koncert, który nauczył mnie jak mieć odwagę sięgać po więcej

Znacie to uczucie, gdy na wyciągnięcie ręki (no, może ciut dalej, ale nadal w Waszym zasięgu) macie coś wspaniałego, co możecie zgarnąć dla siebie? Albo jeszcze lepiej – dla kogoś, na kim szalenie Wam zależy i wiecie, że by to go uszczęśliwiło? A jednak wstrzymujecie się, z różnych powodów.
Przecież to głupie.
Nie przystoi.
Jestem za stara, żeby się w to bawić.
Boje się.

Ja znam. 

Cała tragedia polega na tym, że gdy emocje już opadną i zostanie po nich tylko kurz, człowiek zostaje z poczuciem szczerego zawodu. Zawodu samym sobą.
Ilu okazji niewykorzystanych żałuję i wiem, że będę żałowała do końca życia – myślę, że każdy ma coś takiego, że chciałby cofnąć czas, dostać jeszcze jedną szansę i tym razem WYKORZYSTAĆ JĄ.


Pod koniec zeszłego roku na Fb pokazało mi się wydarzenie – koncert Alvaro Soler w Warszawie. Jego piosenki dobrze wpadały mi w ucho i zawsze sprawiały, że chciałam tańczyć i śpiewać (co zresztą często robiłam ;) ), ale bilety zdecydowałam się kupić dla Mamy, licząc po cichu, że weźmie mnie ze sobą. Koncert mniej więcej pokrywał się z Jej urodzinami, a wiem, że jest jego fanką.

W dniu koncertu obie zmarzłyśmy – kolejka była długa i posuwała się wolno, ale kiedy już dostałyśmy się do środka zajęłyśmy całkiem fajne miejsce, z którego widziałyśmy niemalże całą scenę. Koncert był wspaniały, a po występie wiadomo – tłumy ruszyły do wyjścia. My postanowiłyśmy poczekać spokojnie, aż zrobi się trochę luźniej – niby środek tygodnia, godzina właściwie już późna, ale nie chciałyśmy się pchać w ten tłok.

Stoimy i rozmawiamy i nagle wychodzi ON – przed sceną posuwa się od jednej strony do drugiej, do wyjścia. Grupa fanek, które jeszcze się ostały, od razu pobiegły po autografy. Spontanicznie ruszyłam za nimi, chociaż nie miałam nawet czystej kartki, na której mógłby mi się podpisać – wtedy kompletnie o tym nie myślałam. Wspomnienia zostają w pamięci, ale autograf fantastycznie te wspomnienia utrwala. Poza tym, byłby fajnym zwieńczeniem prezentu urodzinowego.

Niestety nie załapałam się. Stojąc tuż przy barierce nie potrafiłam się przebić przez krzyczące fanki, które wyciągały czyste kartki, zdjęcia, telefony i ręce w stronę swojego idola. A on pisał, robił zdjęcia i je przytulał, coraz bardziej oddalając się ode mnie. To miał być prezent, więc musiał być wspaniały – nogi trzęsły mi się z nerwów, ale desperacko zaczęłam zagadywać ochroniarzy, czy nie mogliby poprosić, żeby wrócił w moją stronę, bo urodziny Mamy. Jeden głupi autograf, jedno zdjęcie, cokolwiek. Panowie niestety nie byli chętni do współpracy i myślałam, że ich tam rozniosę.

W końcu zrezygnowałam całkiem. Wyszłam z tłumu i powlokłam się z powrotem do mamy, która czekała w pewnym oddaleniu od tego całego zamieszania. Porozmawiałam z nią chwilę, przyznając się, że chciałam jej „załatwić” zdjęcie z idolem. Mama zdjęcia nie chciała, powiedziała tylko, żebym zrobiła je sobie i że autografy mogę wziąć na samych biletach.

Miałam próbować jeszcze raz?
Przecież już mi się nie udało. Porażka mnie zdefiniowała, walka przegrana, prezent stracony raz na zawsze. Typowa Monika, rezygnuje napotykając pierwszą lepszą przeszkodę na swojej drodze. 

Wtedy to do mnie dotarło – jedna szansa. Jedna, jedyna. Kto wie, czy jeszcze kiedykolwiek będę taką miała? Czy Mama będzie ją miała? Powiedziałam sobie, że tym razem nie odpuszczę i będę miała to zdjęcie, czy autograf – a najpewniej jedno i drugie. Wybrałam miejsce, w kierunku którego się kierował. Było tam trochę luźniej, bo wszyscy rzucili się na „początek trasy”. Wcisnęłam się praktycznie pod samą barierkę, wyjęłam bilety z torebki, odpaliłam aparat w telefonie i czekałam.

W końcu dotarł do nas. Autograf dostał każdy, tylko nie ja. Zdjęcie zrobił sobie z każdym tylko nie ze mną. A ja czułam, że grunt ucieka mi spod nóg. Przecież byłam tak blisko. A jednak uciekał mi, idzie dalej w stronę wyjścia. Poczułam, że MOGĘ dać z siebie jeszcze więcej. Przecież nie dla siebie to robię, czy raczej – nie tylko dla siebie. Zaczęłam pytać głośno, czy ja również mogę liczyć na zdjęcie, wyciągać telefon w jego stronę. Może trochę zbyt nachalnie.

Ale wiecie co?
Wziął mój telefon i zrobił sobie ze mną selfie. Korzystając z okazji, chociaż trzęsłam się jak galareta, wyciągnęłam bilety w jego stronę i poprosiłam o autograf. Jeden dla mnie, drugi dla Mamy. Kiedy je wypisywał zaczęłam mówić – że zależy mi zwłaszcza na tym dla Mamy. Że ma urodziny niedługo, że to był prezent dla Niej, ten koncert i że jest jego fanką. Uśmiechnął się na te słowa, zapytał jak dokładnie pisze się imię mojej Mamy, później przeprosił mnie, że zrobił w nim błąd – wciąż się uśmiechając. A ja myślałam, że tam umrę z emocji, ze szczęścia.

Nie zapomnę nigdy jego uśmiechu, gdy wypisywał autografy. Nie zapomnę radości Mamy, gdy ten autograf Jej przyniosłam i opowiedziałam o mojej rozmowie z nim. To była jedna z TYCH chwil. Tych niewielkich, ale jednocześnie ogromnych i wspaniałych. Tych, dla których warto żyć.


Czy miałabym ten autograf i zdjęcie, tę chwilę rozmowy, gdybym była tam sama?
Wątpię.
Ale to, że walczyłam dla kogoś dawało mi siłę. Sprawiało, że czułam, że MUSZĘ dać radę. Nie było innej opcji. Nie było mowy o porażce. 

Myślę, że to między innymi dlatego ludzie nie realizują swoich marzeń. Zarówno tych większych, jak i tych małych. Boją się po nie sięgnąć, bo nie mają dość motywacji, aby wyciągnąć po nie rękę i je po prostu chwycić. Bo jak robi się coś dla siebie to łatwiej nam odpuścić, gdy pojawia się jakakolwiek przeszkoda. Dla siebie nie musimy się przecież starać, sobie możemy pofolgować, odpuścić.

To błąd!

Ale nie wszyscy o tym wiedzą. Jeśli jesteś jedną z tych osób, to znajdź na początek kogoś, dla kogo będzie warto walczyć; coś, co da Ci motywację – i sięgaj po więcej od życia, jednocześnie budując w sobie poczucie, że możesz to wszystko osiągnąć. A jeśli już masz takie poczucie, to połowa drogi za Tobą – świat stoi przed Tobą otworem, wystarczy tylko zrobić krok naprzód.

16 lut 2017

.008 } O pomaganiu na siłę słów kilka


7:40 - wchodzę do biura. W poniedziałki od 8, więc zawsze jestem dużo wcześniej, bo komunikacja miejska, wiadomo o co chodzi. Przy bramkach stoi kobieta, załadowana torbami i grzebie zawzięcie w swojej torebce – znaczy szuka identyfikatora, żeby wejść do środka. Ja swoją kartę już w ręku trzymam, więc podchodzę, klikam jej bramkę i z uśmiechem mówię „proszę”.
Następuje chwila ciszy. Obrzuca mnie TYM spojrzeniem. Tego mordu w oczach nie zapomnę nigdy. „Proszę, dla pani odbiłam kartę, niech pani wejdzie”, mówię z uśmiechem na twarzy, chociaż w środku mam ochotę uciekać, bo czuję, że zaraz mnie tym wzrokiem zmiażdży i do pracy jednak nie dotrę.
W odpowiedzi słyszę jedynie wycedzone przez zęby warknięcie: 
JA. MUSZĘ. SAMA.” 
Hm, no dobra. Dopiero w tym momencie przychodzi mi na myśl, że może ona faktycznie musi akurat swoją kartę odbić, że ją na tej podstawie rozliczają. W sensie, kiedy przychodzi do i wychodzi z pracy. Tyle że... skąd mogłam wiedzieć? 

CHCIAŁAM TYLKO POMÓC. 

Przypomina mi się jeszcze jedna sytuacja. Wracałam kiedyś z pracy tramwajem. To był ciężki dzień, psychicznie nie funkcjonowałam, więc siedziałam, powtarzając sobie zagadnienia z CSS w aplikacji na komórce. I nagle ktoś z tyłu szturchnął mnie w ramię, jakaś pani w średnim wieku, nazwijmy ją „A”. „Niech pani wstanie”, mówi do mnie, „tutaj taka pani stoi i może by usiadła”. 
Wstaję, bo może faktycznie komuś trzeba ustąpić, a ja zagapiona w telefon zwyczajnie nie zauważyłam tej osoby. I po chwili (niestety) ją widzę: kobieta (nazwijmy ją „B”), na oko coś koło czterdziestki, nie wyglądająca na specjalnie potrzebującą. Zacisnęłam zęby w złości – no jasne, wyglądam jak gówniarz, to muszę ustępować KAŻDEMU. (Nie zrozumcie mnie źle, ustępuję miejsca innym, ale samo to, że ktoś jest +20 lat względem mnie nie jest dla mnie powodem, żeby stać przez resztę drogi.) 
B, która rzekomo miała usiąść po prostu stanęła obok pustego siedzenia i tak stała. W tramwaju był tłok, a miejsce było puste. Poziom mojej irytacji gwałtownie urósł, ale nie należę do osób, które robią sceny, więc przez resztę drogi również stałam. B opuściła pojazd jeden przystanek przed moim. I wtedy A zwróciła się do mnie: 

„Bardzo panią przepraszam, chciałam tylko pomóc, ale widać nie wszyscy chcą korzystać z oferowanej pomocy. Przepraszam, że postawiłam panią w niezręcznej sytuacji.” 

Nie powiem, wmurowało mnie i byłam bliska zbierania szczęki z podłogi. Cała złość wyparowała, jak ręką odjął, zostało jednak we mnie pytanie: gdzie leży granica pomiędzy pomocą, a uszczęśliwianiem kogoś na siłę? 
I nie znam na nie odpowiedzi. 


Takich sytuacji miałam jeszcze kilka, jeśli nie więcej – i myślę, że sporo osób też wielu takich doświadczyło. Mówi się, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, ale tak sobie myślę... Czy to znaczy, że lepiej być obojętną suką, patrzącą tylko na siebie, której nie stać na bezinteresowny akt dobroci? Bo co, bo dostanę kolejny raz po dupie? A co, jeśli na jeden raz w tyłek przypada, załóżmy, 10 pięknych i szczerych podziękowań? 

Nie przypomnę sobie nawet, ile razy pomogłam starszym osobom, np. zejść po schodach, czy wnieść/znieść walizki – podziękowania, które od nich słyszałam zawsze chwytały mnie za serce. Miałam świadomość, że nie zrobiłam niczego wielkiego. To były zwykłe, małe akty dobroci, na które stać praktycznie każdego. A jednak do dzisiaj totalnie się rozczulam, kiedy przypomnę sobie niektóre słowa, wyrazy twarzy, ciepłe spojrzenia. 


Czy warto pomagać innym? Nie wszyscy ludzie potrafią (i chcą) prosić o pomoc, ale to nie znaczy, że jej nie potrzebują. Skoro mogę Ci pomóc, to najprawdopodobniej zaryzykuję i to zrobię. Bo jeśli mam sprawić, że dzięki mnie poczujesz się lepiej, w jakimkolwiek aspekcie, to wiem, że warto.