8 sty 2017

.006 } Puść się wreszcie tej bandy!

Cześć!

Minął pierwszy tydzień nowego roku, a wraz z nim... no właśnie. Mam nadzieję, że nikomu nie minęła motywacja, żeby realizować noworoczne postanowienia, a umysły wciąż są pełne wiary we wspaniałe możliwości, jakie się otworzą przez najbliższe 12 miesięcy. :)

Co do postanowień, w zeszłym roku wypisałam sobie całą ich listę. W sumie 10 pozycji, z których udało mi się zrealizować jedynie 2, trudno powiedzieć dlaczego. Może zabrakło mi motywacji, a może – (przede wszystkim?) – nigdy tak naprawdę ich nie chciałam na tyle, żeby je zrealizować bądź wprowadzić w swoje życie.

Nie do końca wierzę w moc noworocznych postanowień. Jestem raczej zdania, że większość z nich powstaje pod wpływem chwili – bo to koniec i nowy początek, przełom, „nowy rok, nowa ja” i tak dalej. Większość postanowień noworocznych to ściema i niewiele ma wspólnego z tym, czego naprawdę pragniemy.

Dlatego w tym roku obrałam inną taktykę.
Zrobiłam krótką listę swoich postanowień – ale takich naprawdę, przemyślanych jeszcze w zeszłym roku, które są MOJE i których ja sama chcę. Nie takich, które myślę, że byłyby po prostu fajne, albo takich, które inni uważają, że ja powinnam, z tym koniec.

Próbuję je teraz sobie poukładać, rozpisać. Krok po kroku, cegiełka po cegiełce. Tak, żebym wiedziała, gdzie dokładnie postawić stopę, jeśli chcę iść w obranym kierunku – choćby tak orientacyjnie. Żeby po prostu nie błądzić po omacku i nie miotać się bez sensu w kółko.

Dlaczego uważam, że to dobry sposób?
(Nie, nie sprawdzałam go wcześniej. ;)) 

Część z tych postanowień jest naprawdę „duża”. W różnym znaczeniu, rzecz jasna, ale stanowią one pewne przełomy w moim życiu, a wielkie rzeczy zazwyczaj przerażają. Rozbijam je więc na mniejsze, bo do takich łatwiej się zabrać, są mniej straszne i bardziej realne – a przy tym wciąż przed oczami mam cel główny, nadrzędny, czyli swoje postanowienie. 
Wierzę, że to dobra metoda, ale dam znać za rok. ;)
Póki co jestem dobrej myśli.



A skoro już jesteśmy przy rzeczach, które nas przerażają.

Byłam ostatnio na lodowisku. Po 10h pracy podjęłam samotną, spontaniczną decyzję, że chce mi się na łyżwy. Tak po prostu, bo lubię, a otworzyli niewielkie lodowisko obok mnie – jak tu nie skorzystać? Wzięłam swoje figurówki i kolejną godzinę spędziłam ładując endorfiny na lodowisku.

Po 60 minutach jazdy w kółko po nierównym, wyjeżdżonym lodzie, z bolącą kostką (bo miałam za grube skarpetki i zbyt mocno zapięte łyżwy) doszłam do wniosku, że życie jest trochę jak lodowisko.
No, bo...

Wjeżdżasz na lód nie bardzo wiedząc co dalej. Z początku trzymasz się bandy, ucząc się jeździć – tak czujesz się pewniej, bezpieczniej. „Na wyciągnięcie ręki od bandy” staje się Twoją strefą komfortu. Jedziesz – bez szaleństw, powolutku do przodu, a jak powinie się noga chwytasz się barierki, łapiesz oddech i ruszasz dalej. Ciągle naprzód, ale jednak powoli.

Puszczenie się bandy wymaga odwagi. Bo nie masz się już czego złapać, w razie „gdyby”, a przecież nie czujesz się dość pewnie, dość dobrze. W końcu jednak wychodzisz z bezpiecznego obszaru, wjeżdżasz na środek, przyspieszasz i nagle czujesz, że ryzyko się opłaciło. Radzisz sobie świetnie. Szybkość i swoboda z jaką teraz możesz jechać sprawia, że czujesz się szczęśliwy i wreszcie wolny. Pokonałeś własne ograniczenia, przezwyciężyłeś strach i puściłeś się bandy. Nareszcie!

Czasem natrafisz na nierówny lód, czasem polecisz do przodu, bo zahaczysz ząbkami figurówki o taflę lodu (pozdrawiam!). Tracisz równowagę, może nawet upadniesz – jak w życiu. Czasem nawet ciężko stanąć z powrotem na śliskim lodzie, a nie zawsze jest obok ktoś, kto Ci pomoże. Ale przecież dajesz radę. Podnosisz się, otrzepujesz tyłek ze śniegu i jedziesz dalej. Przecież tak właśnie wygląda życie. :)



Może warto więc zaryzykować, puścić wreszcie tę bandę i w końcu wyjechać na środek lodowiska, żeby prawdziwie zacząć czerpać z życia ile się da?