27 lip 2017

.014 } Czas na zmiany!

Cześć!

Dzisiaj krótko i na 100% spontanicznie.

Ostatnio robię dużo rzeczy, których bym się po sobie nie spodziewała.
Dużo SZALONYCH rzeczy, które niby nie są mi potrzebne, ale cieszą jak diabli.
Zwłaszcza, jak mam zły humor, zły dzień i złe życie i w ogóle wszystko złe (takie dni też się zdarzają, true story).

Na fali tych moich zachciewajek postanowiłam skończyć z Figąbezmaku.

Kiedy zaczynałam pisać Figę postanowiłam sobie, że po roku ruszę do przodu.
Miała być własna domena, blog na Wordpressie.
To wszystko było na wyciągnięcie ręki.

I wiecie co?
Wyciągnęłam tę rękę i złapałam w garść ten cały Wordpressowy świat blogów.
Pół roku przed czasem, z czego jestem straszliwie zadowolona.

Póki co prace idą powoli.
Blog stoi, domena jest, brakuje jedynie treści, bo wciąż walczę z Worpdressem od strony kodowania.
A ponieważ jestem z natury Zosią-Samosią i w kodzie dłubać lubię, to próbuję to wszystko powolutku poskładać do kupy.

Powolutku - bo dzieje się dużo. Czasem mam wrażenie, że aż za dużo, ale wiecie co?
Niech się dzieje.

Znów czuję, że żyję.

11 cze 2017

.013 } Łapię oddech


Siedzę na podłodze z laptopem na kolanach. Za oknem rozkwita wiosna. Już nie denerwuję się na myśl, że jutro poniedziałek. Nie będzie już 10 trudnych godzin użerania się z nie zawsze przyjemnymi klientami. Koniec. Uwolniłam się. 
Czuję spokój. Nowa praca jest wymagająca, to będzie mój trzeci tydzień. Wciąż popełniam błędy, ale wiem, że na początku to normalne, więc pozwalam sobie nie być perfekcyjna. Wiedza przyjdzie z czasem.
Często zostaję po godzinach, taki charakter stanowiska, ale nie przeszkadza mi to. Może inaczej – nie męczy mnie to w taki sposób, w jaki męczyła mnie infolinia. 
Jest inaczej. 
Lepiej. 


Ostatnio życie pognało gwałtownie naprzód, a ja razem z nim. Było raz dobrze, raz źle. W końcu wybiegłam na prostą i wreszcie zwalniam - nie dla mnie takie szalone biegi. 
Cenię chwile spokoju. Kiedy mogę usiąść i po prostu posiedzieć. Poczytać, pograć, porysować. Wypić kawę, patrząc na skąpaną słońcem zieleń za oknem. Pomyśleć. 
Dlaczego nie pisać? 

Chciałam, jednak słowa nie płynęły. Nie mogłam złączyć ich w jedną, sensowną całość. Zaczęłam się tym męczyć i irytować, bo nagle uderzyło we mnie poczucie, że to mój obowiązek. Te dwa wpisy na miesiąc, które uparcie staram się utrzymać. 
Ale wiecie co? Takie postanowienia się nie sprawdzają. Bo czasem trzeba po prostu odpocząć. Odejść na kilka chwil, głęboko zaczerpnąć powietrza i dopiero wtedy wrócić w pełni sił, będąc gotowym do dalszego działania. 

Odnajduję na nowo własny rytm, który w ostatnim czasie straciłam. 
Biorę wdech, jestem gotowa. 
Ruszam dalej.

19 kwi 2017

.012 } Czego naprawdę chcę? – proste narzędzie do weryfikacji marzeń

Święta, Święta i po Świętach.
Planowałam ten wpis wcześniej, ale z moimi planami tak już jest – niewiele z nich zazwyczaj wychodzi (w terminie lub w ogóle) i potem muszę szybko wszystko nadrabiać. Ale to nic, pracuję nad tym.
Chciałabym jeszcze chwilę pozostać w tematyce realizacji swoich postanowień. Podzielę się z Wami śmiesznie prostym narzędziem do planowania, które pozwala mi również weryfikować czego naprawdę pragnę, a co jest tylko moją chwilową zachcianką. Ponadto dzięki niemu mogę stawiać sobie cele, które jestem w stanie zrealizować, bo wymusza na mnie precyzowanie do czego dążę.

Już tłumaczę.
Mowa tu oczywiście o (zapewne znanej już większości)...


BUCKET LIST
Czyli innymi słowy: „things to do before I die”. Lista rzeczy, które chcę zrobić przed śmiercią.

Spotkałam się z tym pojęciem kilka lat temu i od razu mi się spodobało. To był ten okres, kiedy powoli wracałam do wiary we własne marzenia, a idea ich spisania i „osiągania” – „odhaczania” bardzo przypadła mi do gustu.
O ile dobrze pamiętam, trzeba było wypisać 100 celów. Moja lista, z początku krótka po niedługim czasie znacząco urosła. Miałam na niej około 120 punktów, które po kolei realizowałam. Czy kolejne „zaliczone” marzenia dawały mi radość? Sprawiały, że czułam się spełniona? Szczęśliwa?
(I tu dochodzimy do sedna.)

Otóż nie.


CZEGO NAPRAWDĘ CHCĘ?
Pamiętam, kiedy pierwszy raz razem z W. zetknęłyśmy się z ideą bucket list i praktycznie od razu zabrałyśmy się za poszukiwanie inspiracji. Własnych marzeń nie miałam aż tylu, żeby zapełnić 100 punktów.
Inspiracje były wszędzie. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile w Internecie jest stron, gdzie macie całe setki pogrupowanych marzeń, którymi możecie się posiłkować.
I ja również to robiłam. Bo wydawały mi się fantastyczne. To był pierwszy błąd – kiedy przyszło do ich realizacji wcale nie sprawiały, że czułam, że spełniam swoje marzenia. Nie były dla mnie wielkimi przeżyciami, jakich się spodziewałam, nie było efektu WOW. Nie było nawet zwykłego wow.

Bo to nie były MOJE marzenia.

W ten sposób nauczyłam się weryfikować czego naprawdę chcę. Moja obecna bucket list jest bardzo uboga, ale jest w 100% szczera i zgodna z tym, czego pragnę. Są na niej jedynie realne cele, które chcę osiągnąć i do których dążę.
Jeśli nie jestem pewna, czy coś jest chwilową zachcianką, czy faktycznie tego pragnę – zapisuję, ale daję sobie czas, żeby się określić. I albo na liście zostaje, albo po jakimś czasie jest z niej kasowane. Proste.


PRECYZUJĘ MARZENIA
Druga rzecz, której nauczyła mnie bucket list. Bo widzicie, nie w tym sęk, żeby chcieć czegoś, tylko żeby chcieć czegoś konkretnego.
Mogę napisać „znać biegle język angielski”, ale ręka w górę kto wie czym jest „biegła znajomość języka”? Mogę napisać „mieć super cerę” – co to znaczy? „Długie i zdrowe włosy” – długie, znaczy jakie? Do łopatek, czy do tyłka?

Rozumiecie co mam na myśli? Nie warto stawiać sobie celów niedookreślonych. Cel, to jest coś, do czego dążymy, co chcemy osiągnąć. A żeby do czegoś dążyć musimy wiedzieć gdzie konkretnie jest nasz finisz. Wiem kiedy dokładnie spełnię te marzenie, bo je dokładnie określiłam – a przynajmniej na tyle dokładnie, że jestem w stanie zweryfikować warunki, które muszą zajść, abym czuła, że mi się udało.

I tak zamiast „biegłej znajomości języka” mam zapisane konkretne certyfikaty, które chcę uzyskać, zamiast „super cery” – „znalezienie skutecznego (dla mnie) sposobu walki z trądzikiem” i tak dalej.


KIERUNKOWSKAZY
Mam wrażenie, że bucket list z początku miała być jedynie zwykłą listą niezwykłych rzeczy, których chciałabym doświadczyć, które chciałabym przeżyć i mieć. Przynajmniej tak ją traktowałam. Jednak na przestrzeni lat stała się dla mnie czymś więcej, czymś o wiele bardziej wartościowym. I myślę, że dla Was również ma szansę się czymś takim stać.

To kierunkowskaz, dzięki któremu łatwiej uświadomić sobie, w którą stronę chce się zmierzać. Uczy wsłuchiwać się w to, co podpowiada serce, w swoje własne pragnienia. Uczy je precyzować, tak, żeby móc te cele prawdziwie osiągnąć, zamiast gnać za nimi bez końca. I w końcu – pokazuje nam samym kim naprawdę jesteśmy i gdzie chcemy się znaleźć.

I tu właśnie leży jej największa, moim zdaniem, wartość.

3 kwi 2017

.011 } „Ja pukam, Ty pytasz!” – czyli dlaczego nie realizujesz swoich celów

ZACZYNA SIĘ WCZEŚNIE
A dokładniej jeszcze w szkole. Pamiętasz ten moment, kiedy trzeba było iść do pokoju nauczycielskiego i o coś zapytać, albo poprosić? Zazwyczaj brało się ze sobą koleżankę, kolegę, bo jakoś raźniej i pewniej się wtedy człowiek czuje, zwłaszcza w obliczu wyzwania, jakim jest rozmowa z gronem pedagogicznym.
I, o ile mnie pamięć nie myli, zawsze kończyło się to tak samo: „Ja pukam, ale Ty pytasz!” I pół biedy, jeśli zdążyło się zapukać jako pierwszy.

Albo wizyty w toalecie.
U mężczyzn to raczej niespotykane, ale dziewczęta zawsze chodziły do toalety stadnie, albo przynajmniej w parach. Ja również tak robiłam, ale – zabijcie mnie – do dzisiaj nie mam pojęcia dlaczego. Po prostu, idziemy grupą i już, odstawiamy kiblową integrację, chociaż tak naprawdę nie mamy ku temu powodów.
Ilu z nas wiedziało wtedy, że przełoży się to na nasze dorosłe życie? Może nie u wszystkich, ale u części – w tym mnie – na pewno.


ZRÓBMY COŚ FAJNEGO!
Ale razem, bo samemu nie będzie fajnie. Będzie smutno, czasem strasznie i po prostu nie tak.
Ile razy stawiamy sobie jakieś cele, marzenia, snujemy plany? Chcemy gdzieś pojechać, zapisać się na jakiś kurs, zacząć uprawiać jakiś sport, zdrowiej się odżywiać?
A ile razy faktycznie to robimy?

Zapisałam się ostatnio do szkoły, wróciłam do mojej ukochanej jazdy konnej. I w jednym i w drugim wypadku (jak również w wielu innych, mniejszych sprawach) miałam zapewniony współudział i wsparcie innych osób, które były (jak mi się wtedy wydawało) równie zajarane, jak ja. Koniec końców chodzę wszędzie sama – bo „mam dużo obowiązków”, „muszę zrobić to i tamto” i (moje ulubione) „nie chce mi się” (fakt faktem, przynajmniej szczere).

Kilka lat temu nie podjęłabym się tych rzeczy. Gdybym została wystawiona, nie poszłabym do szkoły na inny kierunek, nie wróciłabym do jazdy konnej, która była przecież całym moim światem. Moje małe, personalne sukcesy zamykały się wtedy w samotnym pójściu na maka („sukcesy”) i w podobnych, mało ważnych sprawach. Po jakimś czasie poszłam krok dalej i – pomimo, że nadal byłam we wszystkim sama – zaczęłam angażować się w Erasmus Student Network jako Mentor, jak również w wolontariat DKMS (w tym miejscu gorąco zachęcam do zostania dawcą szpiku – Twój szpik może uratować czyjeś życie!)


MOTYWACJA I ODWAGA
Dlaczego tak ciężko jest zrobić coś samemu?
Drugi człowiek daje nam motywację. Nie odpowiadamy już tylko przed sobą, ale też przed tą drugą osobą. Jak powiem, że jutro już na pewno wsiadam na konia i jadę, to nie ma zmiłuj, słowo się rzekło, przyklepane. Może nie każdy podchodzi do tego w ten sposób, ale niektórzy z Was na pewno.

Osoba, z którą dzieli się te wszystkie, zwłaszcza fajne rzeczy daje nam też możliwość obdarowywania się nawzajem przeżyciami i uwagami na temat tego, co razem robimy. Ile razy opowiadasz znajomym o Twojej pasji, a oni mają to w szerokim poważaniu, szybko zmieniając temat, lub otwarcie mówiąc, że ich to nie interesuje? Ja to przerabiałam w szkole – wtedy szybko można zweryfikować swoje relacje z innymi, ale również znaleźć innych, nowych znajomych, którzy podzielą Twoje zainteresowania.

Warto też wspomnieć, że jeśli jesteśmy z drugą osobą w czymś, to jesteśmy w tym po prostu razem. Wzajemnie dajemy sobie odwagę, zwłaszcza jeśli sprawa jest trudna dla nas. Ta osoba jest wtedy oparciem w ciężkich chwilach i jeśli będziesz się bał, będzie w stanie wesprzeć Cię w odpowiedni sposób – w końcu to rzecz, która teraz dotyczy Was obojga.


NIE CZEKAJ NA INNYCH!
Ile jeszcze będziesz oglądał się na innych i czekał, aż przyłączą się do Ciebie? A co, jeśli to nigdy nie nastąpi?
Myślę, że to jest jeden z tych hamulców, które powstrzymują nas przed działaniem, osiąganiem celów, spełnianiem marzeń. Czekamy na innych, licząc na to, że ramię w ramię z nami będą szli tą samą ścieżką. Zapominamy, że każdy ma własną ścieżkę – i, racja, czasami te ścieżki się przecinają, czasami nawet łączą, ale zawsze zostają dwiema oddzielnymi drogami dwóch całkiem odrębnych osób.

Jeśli ktoś kibicuje Ci, kiedy chcesz spełniać swoje marzenia – super! Jeszcze lepiej, jeśli spełnia je razem z Tobą. Ale nigdy, przenigdy nie możesz na to biernie czekać. Stojąc w miejscu nic nie osiągniesz – to tak, jak z autobusem. Jeśli stoisz na przystanku i czekasz na spóźniony autobus nigdzie nie zajedziesz. Ale jeżeli zdecydujesz się jednak na spacer, to możliwe, że dotrzesz do celu szybciej, niż autobusem.

Jeżeli naprawdę coś jest dla Ciebie ważne, to będziesz do tego dążyć, niezależnie od tego, czy robisz to sam, czy z kimś – zacznij już teraz! W końcu życie ma się jedno i – uwierz mi – jest ono krótsze, niż może się to wydawać!

19 mar 2017

.010 } Przybij piątkę! #1 – Nowy cykl, fanpage i różowe włosy

Cześć, co słychać?
Mam nadzieję, że nie narzekacie na brak wrażeń - w moim życiu dzieje się całkiem sporo. Postaram się Wam wszystko odrobinę przybliżyć, zaczynając tym samym nowy (pierwszy!) cykl na moim blogu.


MARTA NAPISAŁA
Lubię łapać się rzeczy, przy których od razu widzę efekty swojej pracy. To jeden z powodów, dla których mój blog - choć miał być dla mnie priorytetowy - zszedł nieco na dalszy plan. Zajmowałam się wszystkim, tylko nie Figą. Nie skłamię, jeśli napiszę, że dopadło mnie wręcz zniechęcenie do pisania tutaj.
Aż do ostatniego piątku...


Faktycznie, odzywałam się do Marty jakiś czas temu - bardzo lubię Ją odwiedzać i szalenie podoba mi się inicjatywa polecania blogów czytelników - ale nigdy nie przypuszczałam, że zostanę do takiego polecenia wytypowana.
Marta, jeśli kiedykolwiek będziesz to czytała, to wiedz, że dałaś mi niesamowitego kopniaka motywacyjnego w mój leniwy tyłek. Dziękuję!
I ten właśnie impuls sprawił, że powiedziałam sobie: ok, Monika, teraz to już nie ma zmiłuj!


ZMIANY I FIGABEZMAKU NA FACEBOOK
Blog potrzebował odświeżenia. Podobał mi się, jednak doszłam do wniosku, że nie jest dostatecznie czytelny. Najprościej byłoby go po prostu usunąć i zacząć od nowa, na czysto - tak, jak robiłam to praktycznie zawsze do tej pory. Ale chyba nie tędy droga. Nie mogę ciągle robić jednego kroku w przód, a trzech w tył. Stale do przodu - tak należy przeżyć życie.

Figę odświeżyłam. Urosła, choć póki co jedynie wizualnie, ale liczę na to, że również ilość czytelników zmieni się za jakiś czas. Nawet, jeśli jesteście tu na chwilę i nie możecie zostać dłużej, będzie mi szalenie miło, jeśli napiszecie chociaż zwykłe "cześć". To niby niewiele, tyle co nic, ale daje poczucie, że mam dla kogo tu być - a to już bardzo dużo. :)

Zmiany wizualne były bardzo ważne, bo postanowiłam założyć też fanpage. Kiedy zakładałam bloga fanapage miał powstać, gdy będzie już 5 wpisów. Potem zmieniłam tę liczbę na 7, ostatecznie, jak widać, stanęło na 10 - myślę, że to takie optimum, przynajmniej dla Figi.


Fanpage jest świeżutki, dzisiaj założony i mam nadzieję, że będzie się stopniowo rozwijał i przyciągał duże grono osób. Zachęcam do polubienia strony i obiecuję, że nie będę Wam SPAMowała. 
Co jakiś czas wrzucę pewnie tylko przypominajkę o nowym wpisie, albo coś ciekawego, czym koniecznie będę musiała się z Wami podzielić. 


PRZYBIJ PIĄTKĘ!
Wraz ze zmianą wyglądu i założeniem fanpage rusza nowy cykl, którego początku jesteście świadkami.
PRZYBIJ PIĄTKĘ! to cykl po prostu o mnie i o moim życiu. O tym, co się w nim zmieniło, wydarzyło, jakie szanse czekają na mnie za rogiem, ale postaram się tu również umieszczać interesujące linki, polecenia - w zależności od tego, co akurat wpadnie mi w oko - mając nadzieję, że może odnajdziecie rozrywkę tam, gdzie ja ją odnajduję.

Skąd nazwa?
Brzmi optymistycznie i daje powera - chciałabym, żeby moje życie właśnie takie było! Dodatkowo, pozwalam sobie samej trochę wygody - to nie będzie tygodnik, weekendownik, miesięcznik - o nie, tego chciałam uniknąć. Zamiast tego PRZYBIJ PIĄTKĘ! będzie pojawiało się co piąty post - licząc od dzisiejszego. Pisze mi się dużo przyjemniej, kiedy mam świadomość, że nie goni mnie żaden deadline. 


RÓŻOWE WŁOSY - AKTUALIZACJA BUCKET LIST
Wybaczcie, ale muszę o tym napisać!
Zapewne większość z Was słyszała czym jest "bucket list". Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą o co chodzi, już spieszę z wyjaśnieniem. Bucket list, czyli "things to do before I die" - lista rzeczy do zrobienia przed śmiercią, czy po prostu lista marzeń, ale takich prawdziwych.

Ja również mam swoją. Jest skromna, jednak szczera. Jej pierwsza wersja miała około setki punktów, ale kiedy dochodziło do realizacji niektórych z nich okazywało się, że jednak wcale tego nie chciałam, że to były jakieś chwilowe "zachciewajki", a nie prawdziwe cele i marzenia. 
W obecnej wersji punktów jest niewiele, jednak realizacja każdego z nich daje mi poczucie spełnienia. Jednym z takich punktów były... różowe włosy!

Możecie mi powiedzieć: przecież wystarczyło się przefarbować - tego jednak nie zrobię. Bo, widzicie, nie w tym sęk, żeby te włosy były różowe (bo to nie pasuje do mnie totalnie), tylko żeby były różowe na chwilę. :) 


Na L'Oreal Colorista Spray trafiłam przypadkiem. Zanim zdążyłam się dobrze nad nim zastanowić udało mi się dokonać zakupu (bo gdybym zaczęła myśleć, to na 99% bym go nie kupiła).
Jestem po aplikacji pierwszego pasemka "kontrolnego" i jestem z niego zadowolona. Spray nakłada się łatwo, daje delikatny kolor (co też było dla mnie dość istotne, nie brudzi i faktycznie się zmywa. Nie udało mi się w pełni przetestować jego trwałości na włosach, ale myślę, że będę miała ku temu okazję.

Tym samym wstępnie odhaczam punkt w bucket list i przymierzam się jeszcze do kupna jakiegoś innego koloru - może niebieski? I fioletowy? (Chyba zaraz dopiszę do listy galaxy hair!)


ZNÓW W SIODLE!
I coś, z czego jestem najbardziej dumna i szczęśliwa! To uczucie, kiedy możliwość robienia czegoś, co kochasz zostaje Ci zabrana na kilka lat, ale w końcu podejmujesz decyzję, że do tego wracasz.

Po 5 latach przerwy wróciłam do jazdy konnej i chociaż jestem dopiero po drugiej jeździe, nareszcie czuję, że znów żyję i mam na co czekać. Chociaż wszyscy wkoło nie są specjalnie zadowoleni moją decyzją, to jak nigdy mam to gdzieś. Przykro mi jedynie, że ludzie kwestionują coś, co dla mnie jest sensem życia. Że moi bliscy nie chcą partycypować w tym, co mi daje radość i niesamowite pokłady energii. 
Mogę fizycznie być wykończona, ale psychicznie czuję się zregenerowana jak rzadko kiedy. To właśnie sprawia, że mam dość siły, żeby nie zwracać uwagi na te negatywne emocje dookoła mnie i robić swoje.

A kiedy nie ma mnie w stajni, to i tak zajmuje się końmi. 
Chciałabym w tym miejscu polecić Wam grę, która niesamowicie mnie urzekła i sprawiła, że spędzam z nią wiele godzin - choć jest tylko grą na komórkę.


Horse Haven World Adventures to gra na Androida i iOS. Gra ma przyjemną grafikę, jest darmowa, zdobycie waluty "premium" jest stosunkowo łatwe, więc nie wydając realnych pieniędzy możemy cieszyć się całą grą.
A jest się czym cieszyć!


Na początek otrzymujemy stadninę i jednego konia. Gra przypomina trochę typową grę w farmę, ale skupia się wokół koni. Konie możemy rozmnażać, hodując nowe rasy bądź ulepszając już posiadane. Minigry, dzięki którym zdobywamy coins, czyli podstawową walutę, są przyjemne i stosunkowo proste.
Ogółem rzecz biorąc, gra jest totalnie do polecenia i - nawet, jeśli nie jesteście zakręconymi koniarzami, jak ja - jest spora szansa, że przypadnie Wam do gustu.

Spróbujcie - naprawdę warto!
Ucierpieć może jedynie bateria Waszego smartfona. :)



Na tym kończę pilotażowe wydanie PRZYBIJ PIĄTKĘ! - szczęśliwa, że mogę się tym z kimś podzielić, oraz zmotywowana do dalszego działania. 
Do zobaczenia wkrótce! 

28 lut 2017

.009 } Koncert, który nauczył mnie jak mieć odwagę sięgać po więcej

Znacie to uczucie, gdy na wyciągnięcie ręki (no, może ciut dalej, ale nadal w Waszym zasięgu) macie coś wspaniałego, co możecie zgarnąć dla siebie? Albo jeszcze lepiej – dla kogoś, na kim szalenie Wam zależy i wiecie, że by to go uszczęśliwiło? A jednak wstrzymujecie się, z różnych powodów.
Przecież to głupie.
Nie przystoi.
Jestem za stara, żeby się w to bawić.
Boje się.

Ja znam. 

Cała tragedia polega na tym, że gdy emocje już opadną i zostanie po nich tylko kurz, człowiek zostaje z poczuciem szczerego zawodu. Zawodu samym sobą.
Ilu okazji niewykorzystanych żałuję i wiem, że będę żałowała do końca życia – myślę, że każdy ma coś takiego, że chciałby cofnąć czas, dostać jeszcze jedną szansę i tym razem WYKORZYSTAĆ JĄ.


Pod koniec zeszłego roku na Fb pokazało mi się wydarzenie – koncert Alvaro Soler w Warszawie. Jego piosenki dobrze wpadały mi w ucho i zawsze sprawiały, że chciałam tańczyć i śpiewać (co zresztą często robiłam ;) ), ale bilety zdecydowałam się kupić dla Mamy, licząc po cichu, że weźmie mnie ze sobą. Koncert mniej więcej pokrywał się z Jej urodzinami, a wiem, że jest jego fanką.

W dniu koncertu obie zmarzłyśmy – kolejka była długa i posuwała się wolno, ale kiedy już dostałyśmy się do środka zajęłyśmy całkiem fajne miejsce, z którego widziałyśmy niemalże całą scenę. Koncert był wspaniały, a po występie wiadomo – tłumy ruszyły do wyjścia. My postanowiłyśmy poczekać spokojnie, aż zrobi się trochę luźniej – niby środek tygodnia, godzina właściwie już późna, ale nie chciałyśmy się pchać w ten tłok.

Stoimy i rozmawiamy i nagle wychodzi ON – przed sceną posuwa się od jednej strony do drugiej, do wyjścia. Grupa fanek, które jeszcze się ostały, od razu pobiegły po autografy. Spontanicznie ruszyłam za nimi, chociaż nie miałam nawet czystej kartki, na której mógłby mi się podpisać – wtedy kompletnie o tym nie myślałam. Wspomnienia zostają w pamięci, ale autograf fantastycznie te wspomnienia utrwala. Poza tym, byłby fajnym zwieńczeniem prezentu urodzinowego.

Niestety nie załapałam się. Stojąc tuż przy barierce nie potrafiłam się przebić przez krzyczące fanki, które wyciągały czyste kartki, zdjęcia, telefony i ręce w stronę swojego idola. A on pisał, robił zdjęcia i je przytulał, coraz bardziej oddalając się ode mnie. To miał być prezent, więc musiał być wspaniały – nogi trzęsły mi się z nerwów, ale desperacko zaczęłam zagadywać ochroniarzy, czy nie mogliby poprosić, żeby wrócił w moją stronę, bo urodziny Mamy. Jeden głupi autograf, jedno zdjęcie, cokolwiek. Panowie niestety nie byli chętni do współpracy i myślałam, że ich tam rozniosę.

W końcu zrezygnowałam całkiem. Wyszłam z tłumu i powlokłam się z powrotem do mamy, która czekała w pewnym oddaleniu od tego całego zamieszania. Porozmawiałam z nią chwilę, przyznając się, że chciałam jej „załatwić” zdjęcie z idolem. Mama zdjęcia nie chciała, powiedziała tylko, żebym zrobiła je sobie i że autografy mogę wziąć na samych biletach.

Miałam próbować jeszcze raz?
Przecież już mi się nie udało. Porażka mnie zdefiniowała, walka przegrana, prezent stracony raz na zawsze. Typowa Monika, rezygnuje napotykając pierwszą lepszą przeszkodę na swojej drodze. 

Wtedy to do mnie dotarło – jedna szansa. Jedna, jedyna. Kto wie, czy jeszcze kiedykolwiek będę taką miała? Czy Mama będzie ją miała? Powiedziałam sobie, że tym razem nie odpuszczę i będę miała to zdjęcie, czy autograf – a najpewniej jedno i drugie. Wybrałam miejsce, w kierunku którego się kierował. Było tam trochę luźniej, bo wszyscy rzucili się na „początek trasy”. Wcisnęłam się praktycznie pod samą barierkę, wyjęłam bilety z torebki, odpaliłam aparat w telefonie i czekałam.

W końcu dotarł do nas. Autograf dostał każdy, tylko nie ja. Zdjęcie zrobił sobie z każdym tylko nie ze mną. A ja czułam, że grunt ucieka mi spod nóg. Przecież byłam tak blisko. A jednak uciekał mi, idzie dalej w stronę wyjścia. Poczułam, że MOGĘ dać z siebie jeszcze więcej. Przecież nie dla siebie to robię, czy raczej – nie tylko dla siebie. Zaczęłam pytać głośno, czy ja również mogę liczyć na zdjęcie, wyciągać telefon w jego stronę. Może trochę zbyt nachalnie.

Ale wiecie co?
Wziął mój telefon i zrobił sobie ze mną selfie. Korzystając z okazji, chociaż trzęsłam się jak galareta, wyciągnęłam bilety w jego stronę i poprosiłam o autograf. Jeden dla mnie, drugi dla Mamy. Kiedy je wypisywał zaczęłam mówić – że zależy mi zwłaszcza na tym dla Mamy. Że ma urodziny niedługo, że to był prezent dla Niej, ten koncert i że jest jego fanką. Uśmiechnął się na te słowa, zapytał jak dokładnie pisze się imię mojej Mamy, później przeprosił mnie, że zrobił w nim błąd – wciąż się uśmiechając. A ja myślałam, że tam umrę z emocji, ze szczęścia.

Nie zapomnę nigdy jego uśmiechu, gdy wypisywał autografy. Nie zapomnę radości Mamy, gdy ten autograf Jej przyniosłam i opowiedziałam o mojej rozmowie z nim. To była jedna z TYCH chwil. Tych niewielkich, ale jednocześnie ogromnych i wspaniałych. Tych, dla których warto żyć.


Czy miałabym ten autograf i zdjęcie, tę chwilę rozmowy, gdybym była tam sama?
Wątpię.
Ale to, że walczyłam dla kogoś dawało mi siłę. Sprawiało, że czułam, że MUSZĘ dać radę. Nie było innej opcji. Nie było mowy o porażce. 

Myślę, że to między innymi dlatego ludzie nie realizują swoich marzeń. Zarówno tych większych, jak i tych małych. Boją się po nie sięgnąć, bo nie mają dość motywacji, aby wyciągnąć po nie rękę i je po prostu chwycić. Bo jak robi się coś dla siebie to łatwiej nam odpuścić, gdy pojawia się jakakolwiek przeszkoda. Dla siebie nie musimy się przecież starać, sobie możemy pofolgować, odpuścić.

To błąd!

Ale nie wszyscy o tym wiedzą. Jeśli jesteś jedną z tych osób, to znajdź na początek kogoś, dla kogo będzie warto walczyć; coś, co da Ci motywację – i sięgaj po więcej od życia, jednocześnie budując w sobie poczucie, że możesz to wszystko osiągnąć. A jeśli już masz takie poczucie, to połowa drogi za Tobą – świat stoi przed Tobą otworem, wystarczy tylko zrobić krok naprzód.

16 lut 2017

.008 } O pomaganiu na siłę słów kilka


7:40 - wchodzę do biura. W poniedziałki od 8, więc zawsze jestem dużo wcześniej, bo komunikacja miejska, wiadomo o co chodzi. Przy bramkach stoi kobieta, załadowana torbami i grzebie zawzięcie w swojej torebce – znaczy szuka identyfikatora, żeby wejść do środka. Ja swoją kartę już w ręku trzymam, więc podchodzę, klikam jej bramkę i z uśmiechem mówię „proszę”.
Następuje chwila ciszy. Obrzuca mnie TYM spojrzeniem. Tego mordu w oczach nie zapomnę nigdy. „Proszę, dla pani odbiłam kartę, niech pani wejdzie”, mówię z uśmiechem na twarzy, chociaż w środku mam ochotę uciekać, bo czuję, że zaraz mnie tym wzrokiem zmiażdży i do pracy jednak nie dotrę.
W odpowiedzi słyszę jedynie wycedzone przez zęby warknięcie: 
JA. MUSZĘ. SAMA.” 
Hm, no dobra. Dopiero w tym momencie przychodzi mi na myśl, że może ona faktycznie musi akurat swoją kartę odbić, że ją na tej podstawie rozliczają. W sensie, kiedy przychodzi do i wychodzi z pracy. Tyle że... skąd mogłam wiedzieć? 

CHCIAŁAM TYLKO POMÓC. 

Przypomina mi się jeszcze jedna sytuacja. Wracałam kiedyś z pracy tramwajem. To był ciężki dzień, psychicznie nie funkcjonowałam, więc siedziałam, powtarzając sobie zagadnienia z CSS w aplikacji na komórce. I nagle ktoś z tyłu szturchnął mnie w ramię, jakaś pani w średnim wieku, nazwijmy ją „A”. „Niech pani wstanie”, mówi do mnie, „tutaj taka pani stoi i może by usiadła”. 
Wstaję, bo może faktycznie komuś trzeba ustąpić, a ja zagapiona w telefon zwyczajnie nie zauważyłam tej osoby. I po chwili (niestety) ją widzę: kobieta (nazwijmy ją „B”), na oko coś koło czterdziestki, nie wyglądająca na specjalnie potrzebującą. Zacisnęłam zęby w złości – no jasne, wyglądam jak gówniarz, to muszę ustępować KAŻDEMU. (Nie zrozumcie mnie źle, ustępuję miejsca innym, ale samo to, że ktoś jest +20 lat względem mnie nie jest dla mnie powodem, żeby stać przez resztę drogi.) 
B, która rzekomo miała usiąść po prostu stanęła obok pustego siedzenia i tak stała. W tramwaju był tłok, a miejsce było puste. Poziom mojej irytacji gwałtownie urósł, ale nie należę do osób, które robią sceny, więc przez resztę drogi również stałam. B opuściła pojazd jeden przystanek przed moim. I wtedy A zwróciła się do mnie: 

„Bardzo panią przepraszam, chciałam tylko pomóc, ale widać nie wszyscy chcą korzystać z oferowanej pomocy. Przepraszam, że postawiłam panią w niezręcznej sytuacji.” 

Nie powiem, wmurowało mnie i byłam bliska zbierania szczęki z podłogi. Cała złość wyparowała, jak ręką odjął, zostało jednak we mnie pytanie: gdzie leży granica pomiędzy pomocą, a uszczęśliwianiem kogoś na siłę? 
I nie znam na nie odpowiedzi. 


Takich sytuacji miałam jeszcze kilka, jeśli nie więcej – i myślę, że sporo osób też wielu takich doświadczyło. Mówi się, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, ale tak sobie myślę... Czy to znaczy, że lepiej być obojętną suką, patrzącą tylko na siebie, której nie stać na bezinteresowny akt dobroci? Bo co, bo dostanę kolejny raz po dupie? A co, jeśli na jeden raz w tyłek przypada, załóżmy, 10 pięknych i szczerych podziękowań? 

Nie przypomnę sobie nawet, ile razy pomogłam starszym osobom, np. zejść po schodach, czy wnieść/znieść walizki – podziękowania, które od nich słyszałam zawsze chwytały mnie za serce. Miałam świadomość, że nie zrobiłam niczego wielkiego. To były zwykłe, małe akty dobroci, na które stać praktycznie każdego. A jednak do dzisiaj totalnie się rozczulam, kiedy przypomnę sobie niektóre słowa, wyrazy twarzy, ciepłe spojrzenia. 


Czy warto pomagać innym? Nie wszyscy ludzie potrafią (i chcą) prosić o pomoc, ale to nie znaczy, że jej nie potrzebują. Skoro mogę Ci pomóc, to najprawdopodobniej zaryzykuję i to zrobię. Bo jeśli mam sprawić, że dzięki mnie poczujesz się lepiej, w jakimkolwiek aspekcie, to wiem, że warto.

31 sty 2017

.007 } Dlaczego jeszcze nie zmieniłeś pracy?!


Poniedziałek, trochę po 19. Wchodzę do domu. Pod pachą chipsy i pizza mrożona, choć mrożone gotowce hejtuję zawzięcie. Na kawę nie mam nawet siły, nie mówiąc już o przygotowaniu (obiado-)kolacji samodzielnie. Po 10 godzinach ciężkiego zapieprzu na infolinii przychodzącej (bo to ładniej brzmi, niż jakieś tam „call center” ) jedyne do czego jestem zdolna, to pochłonięcie chipsów, wrzucenie pizzy do piekarnika i zjedzenie jej 10 minut później. Przed 21 kładę się spać, z krótką przerwą na prysznic i leki, bo organizm nie daje rady już funkcjonować.

I jak echo w mojej głowie pojawia się pytanie, zadawane mi przez rodzinę i znajomych wiele, wiele razy: dlaczego jeszcze nie zmieniłaś tej pracy?

No, cholera. Nie wiem, serio. Czasem jest tak źle, że mam ochotę w jednej sekundzie rzucić to wszystko w diabły i wyjechać w Bieszczady. A jednak nadal tu pracuję i gdzieś w środku pozwalam sobie jeszcze przez jakiś czas tu być.

Pytanie jednak zostaje wciąż takie samo: dlaczego? Myśląc o tym (niezwykle intensywnie, od kilku tygodni) stworzyłam krótką listę 7 powodów, dla których wciąż ludzie tkwią w pracy, którą powinni(?) już dawno zmienić

Nie wszystkie dotyczą mnie, choć z wieloma poniekąd się utożsamiam. A jeśli ktoś, kto zastanawia się nad zmianą pracy i wciąż nie jest pewien, dlaczego jeszcze nie zdecydował się na ten krok po przeczytaniu tej listy uświadomi sobie, co go tam trzyma i czy to jest dobry moment, żeby powiedzieć koniec... to tym lepiej. :)


  1. Lubisz tę pracę
    Umówmy się: milionów się w tej pracy nie dorobisz. O setkach tysięcy na koncie też raczej możesz pomarzyć. Twoja druga połówka wypomina Ci to od dłuższego czasu, a rodzina jest święcie przekonana, że jesteś stworzony do celów wyższych i zasługujesz na coś więcej, niż taka podrzędna robota. A Ty przytakujesz, choć w głębi duszy wiesz, że pracy nie zmienisz, bo dla Ciebie jest po prostu fantastyczna. Lubisz to co robisz, realizujesz się w tym, to jest to! To właśnie Twoja prawdziwa pasja. I o ile zarobki pozwalają Ci prowadzić satysfakcjonujące Cię życie na „poziomie” i praca w żaden sposób Cię nie wyniszcza – dla mnie to jest okej! Niewielu ludzi ma tyle szczęścia, nie musisz z tego rezygnować. Warto iść za głosem serca. :)

  2. Tworzycie fajny zespół
    Odkąd przyszedłeś do pracy rozmawiasz zawsze tylko z nimi. Wyjścia na piwo, do kina, czy inne rozrywki to dla Was fantastyczna forma spędzania czasu razem. Przez tyle tygodni zżyliście się i stanowicie wspaniały zespół – pozostałe działy w firmie powinny się od Was uczyć takiego zgrania i porozumienia. Nic dziwnego, że nie chcesz zostawiać swojej grupy i zaczynać wszystkiego od nowa. A co, jeśli powiem Ci, że to, że nie będziecie już razem pracowali nie zniszczy Waszej przyjaźni? Dalej możecie się przecież spotykać w wolnych chwilach. Skąd wiesz, czy w nowej pracy nie spotkasz równie fantastycznych ludzi?

  3. Zarabiasz kupę kasy
    Możesz pozwolić sobie na wszystko. Jesteś częstym bywalcem na imprezach i wspólnych wyjściach. Nienagannie ubrany w markowe rzeczy – w końcu na to Cię stać. Inni mogą Ci tylko pozazdrościć. I to wszystko dzięki Twojej pracy. Masz doskonale płatną posadę, może nawet kilka awansów za sobą i perspektywa nowego początku na najniższym szczeblu za marne grosze do Ciebie nie przemawia. A jak wyglądają pozostałe aspekty tej pracy? Może zostajesz do późnych godzin nocnych, żeby wyrobić target? Może masz fatalny zespół, który wiesza na Tobie psy z zazdrości? A może to wcale nie jest to, czym chciałeś się zajmować i w głębi serca jesteś nieszczęśliwy? Coś za coś. Pieniądze to nie wszystko.

  4. Masz do pracy 5 minut spacerkiem
    Zaczynasz pracę o 8, jak większość Twoich znajomych. Jednak kiedy oni zrywają się bladym świtem, aby zdążyć... Ty wstajesz po 7, bierzesz szybki prysznic, jesz śniadanie i dopiero wychodzisz do pracy. Wspaniała opcja, jeśli ktoś nie lubi wstawać z samego rana. Z drugiej strony... Kończysz po godzinach? Też żaden problem! Przecież za 5 minut będziesz w domu. Otwórz oczy i rozejrzyj się – życie oferuje o wiele więcej niż to, co jest w zasięgu Twojej ręki. Może parę kroków dalej czeka szansa, której od dawna wypatrujesz?

  5. Masz szansę na awans/podwyżkę
    Tygodnie ciężkiej pracy zaowocowały. Szefostwo jest dla Ciebie podejrzanie miłe, a do Twoich uszu docierają plotki i ploteczki o potencjalnym awansie jednego z członków zespołu. Czyżby chodziło o Ciebie? Kto by nie chciał poczuć się doceniony (a przecież awans, czy podwyżka są również formami docenienia)? Czy jednak naprawdę chcesz wiązać się na dłużej z tą firmą? Wyższy szczebel rodzi pewne zobowiązania wobec firmy – nie zawsze mówi się o nich wprost, ale w domyśle one po prostu są. Jak poważnie myślałeś o odejściu z pracy i jaki jeszcze czas planujesz w niej zostać? Czy dla Ciebie będzie uczciwe przyjęcie awansu, czasem nawet przeszkolenie, a potem odejście po miesiącu bez słowa wyjaśnienia? „Bo od dawna chciałem odejść”? No właśnie.

  6. Przyzwyczaiłeś się lub boisz się zmiany
    Twoja praca jest przeciętna. Płacą przeciętnie. Ludzie są przeciętni. Dojazd masz... czekaj, niech zgadnę. Przeciętny? To co Cię tu jeszcze trzyma? Czyżby przyzwyczajenie? Strach przed nieznanym? Bo nie poradzisz sobie z nowymi obowiązkami? A czy przychodząc do obecnej pracy wiedziałeś wszystko i wszystko umiałeś? Szczerze mówiąc – wątpię. Nabyłeś jednak wiedzę i umiejętności potrzebne na obecnym stanowisku. Czemu nie miałoby Ci się udać w nowej pracy? Tyle możesz zyskać, jeśli tylko się odważysz! (A jeśli wypadniesz na tym gorzej, niż przeciętnie, to przecież... pracę można zawsze zmienić!)

  7. Jesteś zbyt leniwy, żeby coś znaleźć
    Wstyd przez duże W! Nie, serio. Jesteś niezadowolony, ale nie chce Ci się odpalić Worda i napisać porządnego CV. Zamiast tego chodzisz codziennie do pracy, zaharowujesz się jak wół, płacą niewiele, a Ty narzekasz jak strasznie Ci źle i niedobrze i mówisz wszystkim, że musisz zmienić pracę i dzisiaj NA PEWNO zaczniesz szukać. A potem wracasz do domu, oglądasz odcinek serialu, po czym idziesz spać i następnego dnia od nowa zaczynasz maraton jęków i wymówek. Weź się w garść! CV się samo nie napisze, nowa praca się sama nie znajdzie, a Ty nie zmienisz nic w swoim życiu, jeśli nie zrobisz żadnego kroku w stronę zmiany! 


Są jakieś inne powody, dla których można być przywiązanym do pracy, którą jednocześnie chce się zmienić? A czemu Ty jeszcze nie zmieniłeś swojej, choć od dawna planujesz?

8 sty 2017

.006 } Puść się wreszcie tej bandy!

Cześć!

Minął pierwszy tydzień nowego roku, a wraz z nim... no właśnie. Mam nadzieję, że nikomu nie minęła motywacja, żeby realizować noworoczne postanowienia, a umysły wciąż są pełne wiary we wspaniałe możliwości, jakie się otworzą przez najbliższe 12 miesięcy. :)

Co do postanowień, w zeszłym roku wypisałam sobie całą ich listę. W sumie 10 pozycji, z których udało mi się zrealizować jedynie 2, trudno powiedzieć dlaczego. Może zabrakło mi motywacji, a może – (przede wszystkim?) – nigdy tak naprawdę ich nie chciałam na tyle, żeby je zrealizować bądź wprowadzić w swoje życie.

Nie do końca wierzę w moc noworocznych postanowień. Jestem raczej zdania, że większość z nich powstaje pod wpływem chwili – bo to koniec i nowy początek, przełom, „nowy rok, nowa ja” i tak dalej. Większość postanowień noworocznych to ściema i niewiele ma wspólnego z tym, czego naprawdę pragniemy.

Dlatego w tym roku obrałam inną taktykę.
Zrobiłam krótką listę swoich postanowień – ale takich naprawdę, przemyślanych jeszcze w zeszłym roku, które są MOJE i których ja sama chcę. Nie takich, które myślę, że byłyby po prostu fajne, albo takich, które inni uważają, że ja powinnam, z tym koniec.

Próbuję je teraz sobie poukładać, rozpisać. Krok po kroku, cegiełka po cegiełce. Tak, żebym wiedziała, gdzie dokładnie postawić stopę, jeśli chcę iść w obranym kierunku – choćby tak orientacyjnie. Żeby po prostu nie błądzić po omacku i nie miotać się bez sensu w kółko.

Dlaczego uważam, że to dobry sposób?
(Nie, nie sprawdzałam go wcześniej. ;)) 

Część z tych postanowień jest naprawdę „duża”. W różnym znaczeniu, rzecz jasna, ale stanowią one pewne przełomy w moim życiu, a wielkie rzeczy zazwyczaj przerażają. Rozbijam je więc na mniejsze, bo do takich łatwiej się zabrać, są mniej straszne i bardziej realne – a przy tym wciąż przed oczami mam cel główny, nadrzędny, czyli swoje postanowienie. 
Wierzę, że to dobra metoda, ale dam znać za rok. ;)
Póki co jestem dobrej myśli.



A skoro już jesteśmy przy rzeczach, które nas przerażają.

Byłam ostatnio na lodowisku. Po 10h pracy podjęłam samotną, spontaniczną decyzję, że chce mi się na łyżwy. Tak po prostu, bo lubię, a otworzyli niewielkie lodowisko obok mnie – jak tu nie skorzystać? Wzięłam swoje figurówki i kolejną godzinę spędziłam ładując endorfiny na lodowisku.

Po 60 minutach jazdy w kółko po nierównym, wyjeżdżonym lodzie, z bolącą kostką (bo miałam za grube skarpetki i zbyt mocno zapięte łyżwy) doszłam do wniosku, że życie jest trochę jak lodowisko.
No, bo...

Wjeżdżasz na lód nie bardzo wiedząc co dalej. Z początku trzymasz się bandy, ucząc się jeździć – tak czujesz się pewniej, bezpieczniej. „Na wyciągnięcie ręki od bandy” staje się Twoją strefą komfortu. Jedziesz – bez szaleństw, powolutku do przodu, a jak powinie się noga chwytasz się barierki, łapiesz oddech i ruszasz dalej. Ciągle naprzód, ale jednak powoli.

Puszczenie się bandy wymaga odwagi. Bo nie masz się już czego złapać, w razie „gdyby”, a przecież nie czujesz się dość pewnie, dość dobrze. W końcu jednak wychodzisz z bezpiecznego obszaru, wjeżdżasz na środek, przyspieszasz i nagle czujesz, że ryzyko się opłaciło. Radzisz sobie świetnie. Szybkość i swoboda z jaką teraz możesz jechać sprawia, że czujesz się szczęśliwy i wreszcie wolny. Pokonałeś własne ograniczenia, przezwyciężyłeś strach i puściłeś się bandy. Nareszcie!

Czasem natrafisz na nierówny lód, czasem polecisz do przodu, bo zahaczysz ząbkami figurówki o taflę lodu (pozdrawiam!). Tracisz równowagę, może nawet upadniesz – jak w życiu. Czasem nawet ciężko stanąć z powrotem na śliskim lodzie, a nie zawsze jest obok ktoś, kto Ci pomoże. Ale przecież dajesz radę. Podnosisz się, otrzepujesz tyłek ze śniegu i jedziesz dalej. Przecież tak właśnie wygląda życie. :)



Może warto więc zaryzykować, puścić wreszcie tę bandę i w końcu wyjechać na środek lodowiska, żeby prawdziwie zacząć czerpać z życia ile się da?