1 gru 2016

.003 } Mam 24 lata i nic nie osiągnęłam

Brzmi znajomo?..

Podoba mi się robienie list, nie lubię natomiast powielania blogowych schematów. Z tego powodu planowałam, zamiast oklepanych „24 myśli na 24 urodziny” (które, swoją drogą, naprawdę lubię czytać!) stworzyć COŚ. Podobnego, a zarazem innego. Pozytywnego, bo przecież tak ma teraz być, po prostu dobrze. Stanęło na „24 sukcesy na 24 urodziny”. (Szał.) Usiadłam i zrobiłam taką listę, ale szybko zwątpiłam w te swoje „sukcesy”.

Co ja, tak właściwie, osiągnęłam?
Tyle, co nic, sądząc po tym, że drugą połowę listy dusiłam na siłę, tylko dlatego, że miały na niej być w sumie 24 punkty – no bo, 24 urodziny, DWUDZIESTE CZWARTE, to się musi przecież zgadzać rachuba. (Musi, prawda?)


Gdy zostaję sama na noc mam w zwyczaju zapraszać do łóżka różne przemyślenia. W ten sposób powyższa lista została moim kilkudniowym kochankiem. Dość kiepskim, jeśli mam być szczera, ale przez jakiś czas nie umieliśmy sobie powiedzieć „żegnaj”.

Znalazłam ostatnio w telefonie sms-a od właścicielki mojego mieszkania.

„Jesteś wielka, że załatwiłaś inny termin.”

Kwestia prosta: wymiana gazomierzy, ja muszę być, żeby wpuścić panów do lokalu, a tu termin taki, że – nie ma zmiłuj – nie rozdwoję się pomiędzy pracę i gazomierze. Po wykonaniu telefonu do właściciela firmy, która miała się tym zajmować udało mi się ten termin przełożyć. I dowiedziałam się, że jestem wielka.

Myślę sobie teraz, że to, co dla mnie jest błahostką, dla innych może stanowić coś wielkiego. Że to nie muszą być przełomy. Że to, co nazywam sukcesem, to coś więcej, niż wielkie wydarzenia w moim życiu, o których wszyscy mówią. To czasem obiektywnie małe rzeczy, które subiektywnie stanowią po prostu wielką wartość.


Teraz będzie część osobista, bo listę jednak wstawiam. Ostatecznie nie zawiera aż 24 punktów. Nie musi. Wypisuję tylko 5 najważniejszych, mając świadomość, że było ich dużo, dużo więcej – choć nie zawsze byłam je w stanie dostrzec, czy nadać im odpowiednią wartość.

1. Skończyłam studia i zostałam magistrem...
Niby nic, ale po 5 latach studiów dołączyłam wreszcie do grona osób z wykształceniem wyższym i czuję z tego powodu niesamowitą satysfakcję. Po niezliczonych nocach zarwanych na pisanie pracy, czasie spędzonym na szukaniu czegokolwiek, co nada się do bibliografii (również w bibliotekach, których szczerze nie znoszę) i standardowo „na ostatnią chwilę”. I nie było, że później. Znaczy – było, ale do czasu. Jak przyszło „później”, to już musiałam, bo inaczej promotor by mnie zabił – może nie dosłownie, ale wzrokiem na pewno. (I za tę groźbę wzrokowego mordu jestem wdzięczna. W przeciwnym wypadku pewnie dalej bujałabym się w okolicach pierwszego rozdziału. Maksymalnie początku drugiego.)

2. ...po czym uświadomiłam sobie, że nie to chcę robić w życiu
Niby porażka, ale jednak nie. Nie ukrywam, że po części się poddałam, zraziłam problematycznością otrzymania pracy w „swoim” zawodzie i nie tylko. Ale ludzie, którzy mi to wypominają nie biorą pod uwagę tego, że w pewnym momencie po prostu stwierdziłam, że to nie jest TO. Studia były ciekawe, ale nic poza tym. Traktuję je jak ciekawostkę, ale myśl o tym, że miałabym kontynuować tę ścieżkę nie wydaje mi się wcale tak przyjemna, jak na początku. A skoro tak – czemu mam w to brnąć?
Pozytyw i zarazem sukces jest taki, że zaczęłam szukać alternatyw. Co mogę robić w życiu, aby robiąc to, co lubię zarobić kupę kasy spełnić marzenia? Podjęłam decyzję i obrałam zupełnie inny kurs. Czas pokaże, na ile ta ścieżka okaże się właściwą dla mnie. Ja jestem dobrej myśli.

3. Wyprowadziłam się z domu
Jeśli ktoś zapytałby mnie o najbardziej spontaniczną i nieodpowiedzialną decyzję w moim życiu, to bez wahania odpowiedziałabym, że było to właśnie wyprowadzenie się z domu. Planowałam to już kilka lat wcześniej, ale gdy przyszedł TEN moment nie miałam ani ukończonych studiów, ani pracy, ani żadnego mieszkania na oku, dalsze perspektywy też były średnie. W emocjach po prostu spakowałam się i wyszłam.
Dalej, jeśli ktoś zapytałby mnie o najlepszą decyzję minionego roku, to bez wahania odpowiedziałabym, że było to właśnie wyprowadzenie się z domu. To był kamień milowy w moim życiu, ogromne wyzwanie, ale udało mi się. Zarabiam, mam co jeść, mam gdzie spać, mam czas na naukę i rozrywki. Nareszcie pozwalam samej sobie dorosnąć i to jest mój największy ze wszystkich, prywatny sukces.

4. Prawie przeszłam do historii
No, powiedzmy. ;)
Jakiś czas temu usłyszałam, że „podobno ktoś kiedyś po targach znalazł pracę”. Cóż, mi się prawie udało. To temat na osobny elaborat, więc tym razem tylko wersja skrócona: jeśli na targach chcesz tylko skonsultować swoje CV, po czym zostajesz od razu zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną i nie dostajesz pracy tylko dlatego, że rekrutacja została zamrożona*, to znaczy, że jesteś osobą mimo wszystko wartościową na rynku pracy i możesz czuć się pożądana przez niektórych pracodawców.
* - nawet, jeśli nie było to prawdą, to nadal +1000 do poczucia własnej wartości.

5. Zainspirowałam kogoś
Bezcenne uczucie, gdy ktoś postanawia iść do przodu i zmienić coś w swoim życiu na lepsze, a ty wiesz – uczciwie – że w dużej mierze to twoja zasługa. Więcej słów już tu nie trzeba. :)


Co dalej?
Na przyszły rok życzę sobie otwartego serca, umysłu i oczu.
Żeby kochać mocniej, poszerzać horyzonty i dostrzegać więcej.