19 paź 2016

.001 } Trzy, dwa, jeden... start!

Lubię się przygotować. Przeanalizować wszystkie „za ” i „przeciw”. Przemyśleć, która droga będzie najlepsza – a potem nie wybrać żadnej. Bo za późno, bo nie tak, bo zawsze coś.
Żyłam obok swojego życia. Albo raczej: inni żyli nim za mnie, a mi przeciekało ono przez palce. Starałam się zatrzymać je w dłoniach jak najdłużej. Żeby mi nie uciekało, żeby się nie zmieniało, bo przecież nie mogłam sobie pozwolić na ryzyko. Dobrze mi było z tym, co miałam i co znałam.

Nie chciałam zyskiwać, bo bałam się stracić.

To nie rachunki zysków i strat sprawiły, że w pewnym momencie wywróciłam swoje życie do góry nogami. Chciałam zmiany i jednocześnie się jej bałam, ale pod wpływem impulsu spakowałam się i po prostu wyszłam z domu. Rzuciłam się na głęboką wodę i nie utonęłam w niej, chociaż dławił mnie lęk (a i pływać nie bardzo umiem). Póki co unoszę się na powierzchni i choć do medalu pływackiego mi daleko, to powoli pokonuję kolejne fale, stopniowo nabierając odwagi, aby sięgać po to, czego chcę od życia.
I wiem, że kiedyś znajdę swoją przystań.

Nie jestem przygotowana na prowadzenie bloga i nie chcę być. Nie wiem, jak to będzie wyglądało. Nie wiem do ilu osób dotrę, czy kogokolwiek zaciekawię i czy „zaciekawię” nie jest słowem na wyrost. Ba, nie wiem nawet wokół jakiego tematu się obracać. (No, bo wiadomo, blog MUSI mieć określoną tematykę, inaczej jest passé.)
Ale jakoś mnie to nie obchodzi. Chcę tu być. Chcę pisać.
I wierzę, że to ma sens.

Witajcie na moim blogu. Rozgośćcie się i zostańcie na dłużej.