23 gru 2016

.005 } Wesołych Świąt!

Mam ogromny sentyment do tego zdjęcia, jak i do samej modelki na nim - od jej imienia wzięła się nawet nazwa bloga. :)

Kochani,
Z okazji nadchodzących Świąt chciałam życzyć Wam wszystkim, aby ten magiczny czas naładował Was siłą i pozytywną energią na cały przyszły rok (a nawet więcej!). Oby 2k17 obfitował w wiele wspaniałych chwil, a te Święta niech będą okazją do wyciszenia się w ciepłym, rodzinnym gronie.
Życzę Wam zawsze pogody ducha, dobrego humoru i uśmiechu na twarzy. Odwagi, a także motywacji do spełniania własnych marzeń - pamiętajcie, że chcieć znaczy móc!

Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!
Do zobaczenia w 2017! :)

18 gru 2016

.004 } Umiem, ale przecież się nie przyznam

Niestety jestem osobą, którą łatwo zniechęcić i – co gorsza – która sama łatwo się zniechęca. Gdy na mojej tablicy na pewnym znanym portalu społecznościowym pojawiła się informacja o darmowym szkoleniu z podstaw programowania zapisałam się od razu. Zapisy były dwuetapowe, więc po potwierdzeniu obecności i otrzymaniu imiennego biletu czułam się zobligowana do pójścia i nie było już miejsca na żadne „ale”.

Na szkolenie jechałam w dobrym humorze, pełna pozytywnych przeczuć, ale jak tylko przekroczyłam drzwi sali nogi mi trochę zmiękły, a moja i tak mierna pewność siebie do reszty wyparowała. Spotkanie kameralne, wszyscy z fajnym sprzętem, tu i tam macbooki, najnowsze oprogramowania i ja – ze swoim pudełkiem, z psującym się wiatrakiem i dziadem XP-kiem, dla którego wsparcie połowy programów dawno się skończyło.
Z czym do ludzi, M.?
Usiadłam i włączyłam moje cudo przedpotopowe, modląc się, żeby wiatrak nie zaczął hałasować, bo bym się pod ziemię ze wstydu zapadła. Dedykowanego programu nawet nie próbowałam ściągać, bo nie było wersji na mój system; program, w którym piszę kody nagle się zepsuł i nawet resetycudawianki nie pomagały, więc stwierdziłam, że już gorzej nie będzie i otworzyłam sobie Notatnik. (Potem przypomniałam sobie, że mam przecież pendrive ze swoim programem w wersji portable, więc jednak nie byłam spisana na straty.)

Szkolenie trwało 4 godziny. Początek był dla mnie mało komfortowy, czułam się jak piąte koło u wozu, ale w miarę upływu czasu zaczęłam się rozluźniać. Nie tylko ja miałam problemy ze sprzętem. Jedna z osób przyznała się podczas przerwy, że sama nadal korzysta z XP, ale przyniosła pożyczony laptop, bo nie mogła zainstalować jakiegoś programu. Spora część sali w ogóle nie miała styczności z programowaniem, albo miała ale niewielką. W pierwszej części szkolenia zrobiliśmy stronę WWW – wyglądała efektownie i profesjonalnie, ale w gruncie rzeczy była śmiesznie prosta do napisania.

I nagle dotarło do mnie, że POTRAFIĘ.
Że UMIEM.
Że WIEM.
Że posiadam pewne atrybuty, których nie mają inni, albo posiadają, ale w mniejszym stopniu.



Jak to jest, że nie potrafimy docenić własnych umiejętności? Czemu, gdy ktoś pochwali nas lub naszą pracę umiemy jedynie machnąć ręką i powiedzieć „eeetam, każdy to potrafi” – chociaż gdzieś w głębi zdajemy sobie sprawę (lub nie?), że nie każdy. Dlaczego nie uczy się nas świadomości naszych własnych zalet, tego, co umiemy i sposobu w jaki możemy wykorzystać te rzeczy w naszym życiu? Dlaczego, skoro UMIEM, to wciąż czuję się niepewnie z samym faktem, że umiem? Gdzie moja pewność siebie? Poczucie bycia wartościowym człowiekiem?

Tak jest ze wszystkim – w moim przypadku z programowaniem, robieniem zdjęć, pisaniem bloga, czy nawet rozmawianiem po angielsku, chociaż nie mam przecież z tym problemów w praktyce. Mogłabym wymieniać długo.

Ale może to właśnie jest pora, żeby uwierzyć w siebie i swoje umiejętności?
Podobno zobowiązanie się do czegoś na piśmie jest pewnym rodzajem motywacji. Ja zobowiązuję się teraz publicznie na blogu.
Nie od jutra, nie po świętach, nie od nowego roku, ale dziś – zaczynam wierzyć w siebie, swoją wiedzę i umiejętności i uczę się je wykorzystywać, aby osiągnąć to, co chcę.
I wiem, że JESTEM wartościową osobą – bo przecież każdy z nas jest.

1 gru 2016

.003 } Mam 24 lata i nic nie osiągnęłam

Brzmi znajomo?..

Podoba mi się robienie list, nie lubię natomiast powielania blogowych schematów. Z tego powodu planowałam, zamiast oklepanych „24 myśli na 24 urodziny” (które, swoją drogą, naprawdę lubię czytać!) stworzyć COŚ. Podobnego, a zarazem innego. Pozytywnego, bo przecież tak ma teraz być, po prostu dobrze. Stanęło na „24 sukcesy na 24 urodziny”. (Szał.) Usiadłam i zrobiłam taką listę, ale szybko zwątpiłam w te swoje „sukcesy”.

Co ja, tak właściwie, osiągnęłam?
Tyle, co nic, sądząc po tym, że drugą połowę listy dusiłam na siłę, tylko dlatego, że miały na niej być w sumie 24 punkty – no bo, 24 urodziny, DWUDZIESTE CZWARTE, to się musi przecież zgadzać rachuba. (Musi, prawda?)


Gdy zostaję sama na noc mam w zwyczaju zapraszać do łóżka różne przemyślenia. W ten sposób powyższa lista została moim kilkudniowym kochankiem. Dość kiepskim, jeśli mam być szczera, ale przez jakiś czas nie umieliśmy sobie powiedzieć „żegnaj”.

Znalazłam ostatnio w telefonie sms-a od właścicielki mojego mieszkania.

„Jesteś wielka, że załatwiłaś inny termin.”

Kwestia prosta: wymiana gazomierzy, ja muszę być, żeby wpuścić panów do lokalu, a tu termin taki, że – nie ma zmiłuj – nie rozdwoję się pomiędzy pracę i gazomierze. Po wykonaniu telefonu do właściciela firmy, która miała się tym zajmować udało mi się ten termin przełożyć. I dowiedziałam się, że jestem wielka.

Myślę sobie teraz, że to, co dla mnie jest błahostką, dla innych może stanowić coś wielkiego. Że to nie muszą być przełomy. Że to, co nazywam sukcesem, to coś więcej, niż wielkie wydarzenia w moim życiu, o których wszyscy mówią. To czasem obiektywnie małe rzeczy, które subiektywnie stanowią po prostu wielką wartość.


Teraz będzie część osobista, bo listę jednak wstawiam. Ostatecznie nie zawiera aż 24 punktów. Nie musi. Wypisuję tylko 5 najważniejszych, mając świadomość, że było ich dużo, dużo więcej – choć nie zawsze byłam je w stanie dostrzec, czy nadać im odpowiednią wartość.

1. Skończyłam studia i zostałam magistrem...
Niby nic, ale po 5 latach studiów dołączyłam wreszcie do grona osób z wykształceniem wyższym i czuję z tego powodu niesamowitą satysfakcję. Po niezliczonych nocach zarwanych na pisanie pracy, czasie spędzonym na szukaniu czegokolwiek, co nada się do bibliografii (również w bibliotekach, których szczerze nie znoszę) i standardowo „na ostatnią chwilę”. I nie było, że później. Znaczy – było, ale do czasu. Jak przyszło „później”, to już musiałam, bo inaczej promotor by mnie zabił – może nie dosłownie, ale wzrokiem na pewno. (I za tę groźbę wzrokowego mordu jestem wdzięczna. W przeciwnym wypadku pewnie dalej bujałabym się w okolicach pierwszego rozdziału. Maksymalnie początku drugiego.)

2. ...po czym uświadomiłam sobie, że nie to chcę robić w życiu
Niby porażka, ale jednak nie. Nie ukrywam, że po części się poddałam, zraziłam problematycznością otrzymania pracy w „swoim” zawodzie i nie tylko. Ale ludzie, którzy mi to wypominają nie biorą pod uwagę tego, że w pewnym momencie po prostu stwierdziłam, że to nie jest TO. Studia były ciekawe, ale nic poza tym. Traktuję je jak ciekawostkę, ale myśl o tym, że miałabym kontynuować tę ścieżkę nie wydaje mi się wcale tak przyjemna, jak na początku. A skoro tak – czemu mam w to brnąć?
Pozytyw i zarazem sukces jest taki, że zaczęłam szukać alternatyw. Co mogę robić w życiu, aby robiąc to, co lubię zarobić kupę kasy spełnić marzenia? Podjęłam decyzję i obrałam zupełnie inny kurs. Czas pokaże, na ile ta ścieżka okaże się właściwą dla mnie. Ja jestem dobrej myśli.

3. Wyprowadziłam się z domu
Jeśli ktoś zapytałby mnie o najbardziej spontaniczną i nieodpowiedzialną decyzję w moim życiu, to bez wahania odpowiedziałabym, że było to właśnie wyprowadzenie się z domu. Planowałam to już kilka lat wcześniej, ale gdy przyszedł TEN moment nie miałam ani ukończonych studiów, ani pracy, ani żadnego mieszkania na oku, dalsze perspektywy też były średnie. W emocjach po prostu spakowałam się i wyszłam.
Dalej, jeśli ktoś zapytałby mnie o najlepszą decyzję minionego roku, to bez wahania odpowiedziałabym, że było to właśnie wyprowadzenie się z domu. To był kamień milowy w moim życiu, ogromne wyzwanie, ale udało mi się. Zarabiam, mam co jeść, mam gdzie spać, mam czas na naukę i rozrywki. Nareszcie pozwalam samej sobie dorosnąć i to jest mój największy ze wszystkich, prywatny sukces.

4. Prawie przeszłam do historii
No, powiedzmy. ;)
Jakiś czas temu usłyszałam, że „podobno ktoś kiedyś po targach znalazł pracę”. Cóż, mi się prawie udało. To temat na osobny elaborat, więc tym razem tylko wersja skrócona: jeśli na targach chcesz tylko skonsultować swoje CV, po czym zostajesz od razu zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną i nie dostajesz pracy tylko dlatego, że rekrutacja została zamrożona*, to znaczy, że jesteś osobą mimo wszystko wartościową na rynku pracy i możesz czuć się pożądana przez niektórych pracodawców.
* - nawet, jeśli nie było to prawdą, to nadal +1000 do poczucia własnej wartości.

5. Zainspirowałam kogoś
Bezcenne uczucie, gdy ktoś postanawia iść do przodu i zmienić coś w swoim życiu na lepsze, a ty wiesz – uczciwie – że w dużej mierze to twoja zasługa. Więcej słów już tu nie trzeba. :)


Co dalej?
Na przyszły rok życzę sobie otwartego serca, umysłu i oczu.
Żeby kochać mocniej, poszerzać horyzonty i dostrzegać więcej.

12 lis 2016

.002 } Muffinki bananowo-czekoladowe

I tyle mi właśnie wychodzi z postanowień. Miałam pisać z umiarkowaną regularnością, a po miesiącu – o proszę! – z trudem klepię palcami w zakurzoną klawiaturę. 
Ostatnie tygodnie były szalone. Pełne wspaniałych chwil, ale także bolesnych kopniaków, w – niestety – wciąż miękki tyłek. Nie mogłam wyrzucić z siebie wszystkiego, co się działo, bo plątało mi się wszystko – język oraz palce, w zależności od tego, którego z nich starałam się użyć, więc postanowiłam poszukać innego sposobu na przetrwanie. 

Spokój odnalazłam w kuchni – jak na prawdziwą kobietę przystało. Chociaż zawsze uważałam, że do gotowania to ja tak... no, nie bardzo, to od kilku miesięcy przekonuję się, że nie jest wcale tak źle. Wystarczyło tylko...

...zacząć gotować.
(No kto by pomyślał!)

W Warszawie już zima, choć dopiero listopad, więc pogoda nie zachęca. Poziom endorfin we krwi znacząco spada, trzeba ratować pacjentkę, bo inaczej załamie się całkowicie. Zleciłam samej sobie terapię muffinkową. Przepisów w internecie mnóstwo – a wiadomo, że każdy inny i każdy najlepszy. Spisałam więc tylko kilka produktów z różnych stron i przystąpiłam do działania po swojemu (po trzech dniach, ale jednak).
Polecam piec muffinki z kimś, bo to zawsze milej, jak ma się towarzystwo. Niemniej jednak wersja pieczenia ich samotnie w małej, ciasnej kuchni w wynajmowanym mieszkaniu również się sprawdza.


Składniki suche:
  • 225g mąki 
  • 100g cukru
  • 3 łyżki ciemnego kakao
  • szczypta soli
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • gorzka czekolada (ilość zależy od preferencji – ja dałam pół tabliczki :) )

Składniki mokre:
  • 3 dojrzałe banany (ja dodałam tylko 2, bo akurat tyle miałam – niestety prawie ich nie czuć, 3 będą w sam raz)
  • 125 ml oleju roślinnego
  • 2 jajka

Inne:
  • papilotki (u mnie małe foremki silikonowe – składników wystarczyło na 18 małych babeczek)
  • cukier puder do dekoracji


Przygotowanie jest banalnie proste.
  1. Włączamy piekarnik na 200 stopni, żeby zdążył się nagrzać i przystępujemy do przygotowania masy na babeczki.
  2. Składniki suche wsypujemy do miski. Dorzucamy też pokruszone kawałki czekolady – ja skrobałam tabliczkę czekolady małym nożykiem. Kawałki są różnej wielkości i o to właśnie chodzi. :) Całość mieszamy.
  3. Do drugiej miski wrzucamy banany, rozgniatamy je np. widelcem, nie musi być dokładnie. Dolewamy olej i dorzucamy jajka, mieszamy.
  4. Składniki suche wrzucamy do mokrych. Mieszamy całość, aż powstanie jednolita masa.
  5. Nakładamy masę do foremek. Staramy się, żeby wszędzie była jej równa ilość, do ok. połowy wysokości foremki. Układamy całość na blasze do pieczenia. (Można podłożyć jeszcze papier do pieczenia.)
  6. Blachę z foremkami wstawiamy do nagrzanego piekarnika na 15-20 minut. Ja wstawiam najpierw na 15, po tym czasie sprawdzam czy są już upieczone – wbijam w nie np. patyczek do szaszłyków i jeżeli zostaje na nim wilgotne ciasto, to znaczy, że babeczki jeszcze się nie dopiekły. Tak było w tym wypadku, więc zostawiłam je jeszcze na 1,5 minuty w środku i dopiekły się idealnie. :)
  7. Gdy babeczki są gotowe, wyłączam piekarnik i otwieram go, zostawiając je w środku na jakiś czas. Dopiero potem wyjmuję je z piekarnika i odstawiam do ostudzenia.
  8. Cukrem pudrem posypuję je dopiero przed samym podaniem.

Gotowe! 

Prawda, że proste? A jak wspaniale poprawiają humor.
Są miękkie i delikatnie wilgotne, idealne do popołudniowej kawy i ciekawej książki.
Gorąco polecam!

19 paź 2016

.001 } Trzy, dwa, jeden... start!

Lubię się przygotować. Przeanalizować wszystkie „za ” i „przeciw”. Przemyśleć, która droga będzie najlepsza – a potem nie wybrać żadnej. Bo za późno, bo nie tak, bo zawsze coś.
Żyłam obok swojego życia. Albo raczej: inni żyli nim za mnie, a mi przeciekało ono przez palce. Starałam się zatrzymać je w dłoniach jak najdłużej. Żeby mi nie uciekało, żeby się nie zmieniało, bo przecież nie mogłam sobie pozwolić na ryzyko. Dobrze mi było z tym, co miałam i co znałam.

Nie chciałam zyskiwać, bo bałam się stracić.

To nie rachunki zysków i strat sprawiły, że w pewnym momencie wywróciłam swoje życie do góry nogami. Chciałam zmiany i jednocześnie się jej bałam, ale pod wpływem impulsu spakowałam się i po prostu wyszłam z domu. Rzuciłam się na głęboką wodę i nie utonęłam w niej, chociaż dławił mnie lęk (a i pływać nie bardzo umiem). Póki co unoszę się na powierzchni i choć do medalu pływackiego mi daleko, to powoli pokonuję kolejne fale, stopniowo nabierając odwagi, aby sięgać po to, czego chcę od życia.
I wiem, że kiedyś znajdę swoją przystań.

Nie jestem przygotowana na prowadzenie bloga i nie chcę być. Nie wiem, jak to będzie wyglądało. Nie wiem do ilu osób dotrę, czy kogokolwiek zaciekawię i czy „zaciekawię” nie jest słowem na wyrost. Ba, nie wiem nawet wokół jakiego tematu się obracać. (No, bo wiadomo, blog MUSI mieć określoną tematykę, inaczej jest passé.)
Ale jakoś mnie to nie obchodzi. Chcę tu być. Chcę pisać.
I wierzę, że to ma sens.

Witajcie na moim blogu. Rozgośćcie się i zostańcie na dłużej.